PO GŁĘBSZYM NAMYŚLENIU DAM WAM TEN FRAGMENT: ZACHĘCAM, BO WARTO (WG WIELU CZYTELNIKÓW)
NIGHTMARE
1
Słońce chyliło się ku zachodowi rzucając na połać lasu cień kryjący w sobie tajemnicę. Tajemnicę, która być może miała zostać odkryta przez czwórkę chłopaków błądzących po lesie w niewiadomym celu.
-Stary, gdzie ty nas prowadzisz?
-Zobaczycie, już niedaleko
-Niedaleko?! Od godziny błądzimy po tym lesie, i nic. Powiedz, a może my na grzyby tu przyszliśmy?
-Zamknij się i patrz – wyciągnął rękę jakby chciał coś pokazać – to tutaj
Jakieś dwieście metrów przed nimi, pomiędzy zaroślami ukazała się drewniana rudera.
-Kto ostatni, ten klaszcze u Rubika – rzucił Pietro i zaczął biec w stronę opuszczonego domu
Reszta połknęła haczyk i ruszyła za nim. Biegli z całych sił, ale nikt nie mógł równać się do Pietra. Pietro, tak mówili na niego koledzy, był najstarszy i najsilniejszy, a co znaczyło, że każdy będzie klaskał u Rubika, ale na pewno nie on. Gdy dobiegł na miejsce, reszta była dopiero w połowie drogi. Mógł spokojnie rozejrzeć się. Rudera wyglądała jakby dawno zapomniana przez kogokolwiek. Stała pośród drzew, nie zawadzając nikomu, ani nie rzucając się w oczy. Ze wszystkich stron była osaczona przez paproć, która rosła na każdej wolnej przestrzeni, co dawało wrażenie kamuflażu. Drzwi i okna były pozabijane deskami, w razie, gdyby ktoś chciał do niej wejść. Kto by chciał wejść do takiej dziury, pomyślał. W tym czasie reszta chłopaków dobiegła do niego. Krycha znowu był ostatni. Zresztą jak zwykle. Jak taki „kawał mięsa” może szybko biegać? Przynajmniej było z kogo się pośmiać.
-Krycha, klaszczesz u Rubika – zaczął Leo
-Wal się, wiedzieliście, że z wami nie mam szans – odburknął Krycha, ledwo łapiąc oddech po biegu
-Może byś spalił ten tłuszcz – Leo wyraźnie chciał mu dokopać
-Pierdol się, bo zaraz dostaniesz!
-O, jakże się boje
-Przestańcie jełopy, bo zaraz obaj wrócicie do domu – uwaga Pietra wyraźnie przywołała ich do porządku. Każdy chciał w tym uczestniczyć. Nie było mowy o powrocie do domu. Nie dzisiaj. Nie w tym momencie, kiedy znaleźli wreszcie ten dom. -Może wejdziemy do środka? – zaproponował, i wziął łom od Krychy.
-Dawaj – Leo niemal wyrwał drugi łom z rąk grubasa. Przyłączył się do Pietra. Obaj podeszli do zabitych deskami drzwi i zaczęli torować sobie wejście. Leo był średniego wzrostu i nie za wielkiej postury, ale siły miał z nich porównywalnie tyle, co Pietro, chociaż był od niego dwa lata młodszy.
Weszli do środka. Za drzwiami zastała ich ciemność.
-Może odbezpieczyć okiennice – zapytał Leo
-Nie trzeba – zaprzeczył Pietro – takie rzeczy powinny odbywać się w całkowitej ciemności, a poza tym i tak już mrok na dworze, więc nic ci to nie da. Lepiej zamknij drzwi i zaświeć latarkę – odwrócił się do Roma. Ten bez słowa wykonał polecenie. Światło, które wydobyło się z latarki bez żadnych skrupułów obnażyło wystrój domu, a raczej jednego pomieszczenia z surowym, pozbawionym czegokolwiek wnętrzem. Drewniana podłoga, która kiedyś, być może zachwycała pięknem i przepychem, teraz była dziurawa i skrzypiała przy każdej próbie zrobienia kroku. Niedaleko drzwi stał duży kominek. Na ścianach na dobre wprowadziły się pająki, zaplatając swoje sieci gdzie tylko się dało. Nie oszczędziły nawet spalonej żarówki, która samotnie dyndała na środku sufitu.
-Cholera – przeklął Krycha, który właśnie nadział się na jedną pajęczynę.
Po drugiej stronie stał mały, okrągły stolik i jedno krzesło. Podeszli do stolika. Niemal jednocześnie upuścili plecaki na ziemię, które upadając wznieciły niewielką chmurę kurzu, a której w ciemności nie mogli zobaczyć.
- Macie świece? – zapytał Pietro
-Mi udało się znaleźć pięć – powiedział Leo – wziąłbym więcej, ale matka by zauważyła
-Ja wziąłem cztery – dodał Rom
-Ja mam tylko jedną – odpowiedział Krycha
-OK. Czyli z moimi mamy piętnaście, myślę, że wystarczy – wszyscy zaczęli wyjmować świece
- A ten talerz to do czego? Będziemy coś jeść? – Leo zauważył jak Pietro wyjmuje małe, okrągłe naczynie
- Jeżeli wszystko się uda to duch powinien poruszać tym talerzem – wyjaśnił Piotrek
-Pietro, jesteś pewien, że nas czterech to nie za mało? – niespodziewanie zapytał Rom
-W necie napisali, że od trzech do pięciu osób, czyli powinno wystarczyć – wytłumaczył Pietro – trzeba będzie przenieść stolik na środek – dodał
Przenieśli stolik. Krzesło zostało pod ścianą, jak zarządził Pietro. Jedno to za mało, więc i tak się nie przyda. Zrobią to na stojąco. Wszyscy się zgodzili. Nie mięli wyjścia. Jak Pietro powiedział, tak ma być. On jest tu szefem. On wszystko zaplanował, znalazł ten opuszczony dom. Nawet bajkę dla starych, że jadą na wycieczkę rowerową. O dziwo żadni rodzice nie mięli nic przeciwko. Nawet się ucieszyli, że ich dzieci chcą coś innego zrobić poza graniem w Counter Strike`a i Call of Duty. Zaczęli ustawiać świece.
- Nie w kształcie koła – przerwał im Pietro – w pentagram
- A to ma znaczenie? – zdziwił się Leo
- Ma, podobno duże. – odwrócił się do Roma - Masz zapałki – zapytał. Miał. Zapalili świece. Jasny blask ognia rozszedł się po całym pokoju. Zrobiło się trochę jaśniej, mogli zgasić latarkę.
- Teraz – zaczął Pietro – musimy wszyscy położyć ręce na stół
- Po co?
- Tak trzeba. Musicie być cicho, ja będę rozmawiał z duchem – dodał
- A kogo będziemy przywoływać? – zaczął znowu Krycha
- Michaela Jacksona – zażartował Leo – spytamy, kto go naprawdę zabił
Wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.
- Już wybrałem – Pietro nagle spoważniał – i nie będzie to Michael Jackson
Jak Pietro postanowił, tak ma być. W końcu to jego seans.
- Powiesz nam kogo? – zainteresował się Rom, który do tej pory wykonywał grzecznie rozkazy.
- Hieronima Zawadzkiego – odpowiedział Pietro
Wszyscy zamarli. Każdy znał z dzieciństwa historie o Hieronimie Zawadzkim, który porywał młode, piękne dziewczyny z okolicy, gwałcił i mordował w bestialski sposób, a potem ciała wyrzucał na pożywkę żyjącym w lesie wilkom.
- Dlaczego on – nawet Leo nie mógł tego zrozumieć, chociaż wiele dziwnych pomysłów Pietra tolerował.
- Bo chce go zapytać dlaczego zabijał.
2
Stali na środku czarnego z ciemności pokoju, przy małym stoliku. Piętnaście świec ustawionych w pentagram rozświetlało ich poważne, zamyślone twarze. Bali się. Nawet Pietro. Strach jednak nie zwyciężył z ciekawością, którą przyszli tu zaspokoić wzywając na rozmowę ducha Hieronima Zawadzkiego. Wszyscy zadawali sobie jedno pytanie. Dlaczego mordował. Stali w ciszy, czekając co zrobi Pietro. On jednak nie zaczynał. Zbierał myśli. Dużo czytał w Internecie o takich seansach, z myślą, że kiedyś też przywoła jakiegoś ducha. Teraz zastanawiał się jak zacząć. W końcu podniósł głowę i zwrócił się do kolegów.
- Cokolwiek by się działo, nie reagujcie
- A co ma się dziać – odpowiedzieli prawie chórem
- Nie wiem, zdarzały się różne przypadki, nie wiem, uważajcie, żeby Kryśka nie zesrał się ze strachu. - kolejny raz parsknęli śmiechem. Światło, jakie wychodziło ze świec nie dawało takiego blasku, jaki by pozwalał na ocenę miny Kryśki po tym komentarzu. Może i lepiej, bo gdyby teraz zobaczyli, w jakim grymasie stanęła jego twarz to mogliby sami popuścić ze strachu. Teraz śmiał się razem z nimi. Gdy wnętrze domu wreszcie przybrało spokojny nastrój, Pietro wziął głęboki oddech
- No to zaczynamy – mruknął do siebie i zaczął mówić głośniej – Duchy tego lasu, które nieświadomie błądzicie po tym świecie przyślijcie do nas Hieronima Zawadzkiego. – każde słowo Pietra rozchodziło się echem po całym pomieszczeniu. Reszta patrzyła na niego, czekając co się stanie. Nic się nie działo.
- Hieronimie Zawadzki przywołujemy cię, przybądź do nas – Pietro ponowił wezwanie. Znowu nic. Żadnej reakcji, cisza, spokój.
- A może trzeba razem wypowiedzieć te słowa – zaproponował Leo. Kiwnęli głowami
- Na trzy – dodał – raz, dwa, trzy, Hieronimie Zawadzki, przywołujemy cię, przybądź do nas – echo przeszło z poczwórną siłą przez całe pomieszczenie.
Patrzyli na siebie w ciszy czekając na odzew ducha. To również nic nie dało. Żadnej reakcji. Nic.
- Może coś źle robimy – zadał sobie samemu pytanie Pietro – a może za mało osób – Więcej nie zdążył zadać pytań, bo w pokoju, w którym było dosyć duszno wdarło się z nikąd mroźne powietrze. Drzwi były zamknięte. Pietro poczuł na rękach gęsią skórkę. Chociaż nic nie mówili, płomienie świec zaczęły lekko drgać, jakby ktoś delikatnie chciał je zdmuchnąć.
- Zaczęło się – Leo ledwo słyszalnie wyszeptał myśli Pietra. Przy drzwiach lekko zaskrzypiała podłoga. Obejrzeli się, nic nie zobaczyli. Podłoga zaczęła coraz częściej skrzypieć, jakby ktoś szedł w ich stronę. Nikogo jednak nie widzieli. Skrzypienie zatrzymało się dopiero pomiędzy Leo i Pietrem. Popatrzyli na siebie, nie wiedząc, co o tym myśleć. Nagle w całym pomieszczeniu rozległ się kobiecy krzyk.
- Ratunku, co ty chcesz mi zrobić, pomocy – krzyk dobiegał z każdej ściany. Był wyraźny i przeraźliwy, jakby to wszystko działo się tuż obok nich. Nic jednak nie potrafili zobaczyć. Krzyk nagle trochę przygasł, jakby ktoś drugiej osobie zakrył ręką usta. Usłyszeli uderzenie i płacz kobiety. Kobieta płakała i błagała o litość tak przeraźliwie, że chłopaków przeszły ciarki po ciele.
- Pietro, w coś ty nas wpakował – Leo spojrzał na Piotrka. Jego twarz wyglądała na równie przerażoną jak i reszty zgromadzonych. Nic nie odpowiedział. Usłyszeli kolejne uderzenie i dźwięk ciała spadającego na ziemię. Znowu powrócił krzyk kobiety, tym razem błagał o darowanie życia. Skomlała jak pies błagający swojego pana, aby nie wyrzucał go z domu. Usłyszeli dźwięk narzędzia wbijanego w ciało. Krzyk kobiety ustał. Na podłodze przy stoliku zaczęła pojawiać się krew. Plama powiększała się z nieludzką prędkością. Obejrzeli się. To nie była ich krew. Była za to wystarczająco realna, żeby uwierzyć, że to się dzieje tu i teraz. Pietro stał jak wryty. Nie wiedział, co zrobić, jak zareagować. Tego nie przewidział. Był przerażony, z resztą, jak wszyscy jego koledzy w tym pokoju. Stali i czekali, co wydarzy się dalej.
-Uciekajmy stąd – szepnął do reszty Rom
-Nie – odpowiedział nagle Pietro – wezwaliśmy go, żeby z nim porozmawiać – próbował zapanować nad emocjami - Hieronimie Zawadzki, daj nam jakiś znak, jeśli to ty – wezwał go jeszcze raz
- Jesteś… - Leo chciał mu powiedzieć, że jest szalony, ale nie zdążył, ponieważ nagle niewidzialna siła uderzyła w Pietra i ten odleciał aż pod ścianę wybijając głową szybę. Jego ciało opadło bezwładnie na ziemię. Reszta podbiegła do niego, żeby mu jakoś pomóc. Jego ciało zaczęło drżeć, a potem gwałtownie trząść jakby przechodził atak padaczki. Nie mogli nic zrobić. Jego ciałem rzucało na boki jakby ktoś nim potrząsał. Jego oczy nagle się otworzyły, a z ust zaczęła wypływać krew. Leo doskoczył do niego, żeby zatrzymać rękawem krwotok.
- Rom! Idź po latarkę, Krycha, chodź tutaj, wynosimy się stąd! – Rom zaczął żałować, że nie nosił przy sobie latarki.
- Krycha! Kurwa chodź tu! – ponowił Leo. Krycha stał nieruchomo jak posąg na jakimś placu. Strach paraliżował każdy jego nerw. Ręce trzęsły się niemiłosiernie, a po nogach spływała strużka moczu. Na szczęście było za ciemno, żeby ktokolwiek mógł to zobaczyć. Był pewien, że i tak nikt by się z niego nie śmiał w tych okolicznościach. Wyglądał jak zahipnotyzowany. Stał biernie i czekał. Nie wiadomo, na co. Ciało Pietra przestało się trząść. Twarz jego zbladła, była teraz biała jak ściana. Oczy przestały mieć jakikolwiek wyraz.
- Kryśka rusz się do kurwy nędzy i mi pomóż! – Leo zaczął podnosić Pietra z podłogi. – trzeba go wynieść – nie zauważył jak Kryśka się do nich zbliżył, ułamek sekundy i był przy nich. Stał w tej samej pozie, co przedtem, ale tuż obok. Leo aż się wzdrygnął gdy go zobaczył. Wyraz jego twarzy wyglądał dalej na zahipnotyzowaną.
- Pomóż mi go wynieść wreszcie!
Kryśka otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć. Nie wydobył z siebie jednak żadnego słowa. W pokoju znowu dało się słyszeć kroki i krzyki kobiety.
- Nigdzie stąd nie pójdziesz – Krycha wreszcie cos powiedział. Jednak to nie był jego głos. W jego ustach, ale nie jego. Głos był zbyt niski jak na jego możliwości. Chwycił rękę Leo ściskając ją mocno. Podrzucił go do góry. Takiej siły nie mógł mieć otyły trzynastolatek. Leo upadł na środku pokoju, niedaleko stolika. Zaszumiało mu w głowie.
- Po co nam to było – szepnął, ale nikt raczej go nie usłyszał. Podłoga znowu zaczęła skrzypieć. Ktoś szedł w jego stronę. Nie wiedział kto. Czuł, że odpływa.
Rom stał pod ścianą, ściskając coraz mocniej trzymaną w lewej ręce zgaszoną latarkę. Chciał opanować wszystkie swoje mięśnie, które bez jego zgody zaczynały drżeć w swoim własnym rytmie. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa a oczy pokazywały to, czego widzieć nie chciał. Pietro leżał w kałuży krwi pod oknem. Jego ciało przestawało już nim rzucać na lewo i prawo. Leo leżał niedaleko stołu, nie ruszał się. Obok niego stał Kryśka. Pochylał się nad nim jakby chciał mu pomóc, jakby chciał go podnieść. Chwycił go w pasie i podniósł ponad swoją głowę, ale nie tak, żeby mu pomóc. Rzucił go na stół. Coś trzasnęło i stół przepołowił się upadając na podłogę z wielkim hukiem, razem ze świecami i nieprzytomnym Leo.
- Kryśka, co ty robisz – Rom chciał wykrzyczeć te słowa, ale z jego gardła wydostał się tylko cichy szept
Kryśka spojrzał na niego. Sekunda i już był przy Romie. Nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Rom nie zdążył nawet mrugnąć, jak Kryśka zamachnął się i uderzył go w brzuch. Usłyszał trzask łamanych kości. Jego kości.
Wszystkie mięśnie się rozluźniły. Upuścił latarkę, nie dał rady jej utrzymać. Osunął się na ziemię. Nie czuł bólu. Jedyne, co dochodziło do jego głowy to błogi spokój i uczucie wspaniałego rozluźnienia, jakby nic się nie stało. Nie czuł nawet, że wokół niego tworzy się niewielkie jezioro krwi. Obrazy, które przemykały przez jego umysł coraz bardziej się rozmywały, a może nigdy nie miały miejsca, może to mu się śni. Kryśka przy nim. Kryśka przy drzwiach. Trzask rozbijanych drzwi. Nie ma Kryśki. Świece nie zgasły. Coraz większy ogień. Ciemność.
Leo z trudem otworzył oczy. Ile był nieprzytomny? Nie potrafił określić. Leżał na podłodze. Oczy zapadały mu mgłą. Chciał się rozejrzeć. Nic. Nie dał rady. Nie czuł wcale ciała. Nie potrafił poruszyć żadną kończyną. Słyszał tylko ciche trzaski.
-R.. - Chciał krzyknąć, ale coś wdarło się do jego płuc i zdławiło jego krzyk w zarodku. Dym był wszędzie. Dym? Z wielkim trudem podniósł głowę. Ogień. Wokoło wszystko płonęło. Spojrzał na swoje nogi. Były pokryte czerwonymi płomieniami. Jego ciało również płonęło.
- Kurw… - nic więcej nie wydobyło się z jego gardła. Był zbyt słaby, żeby cokolwiek zrobić. Wstać? Nie mógł nawet poruszyć palcami, nie mówiąc już o wstaniu. Ogień coraz bardziej trawił jego ciało. Oczy coraz bardziej zachodziły mgłą. Na szczęście nic już nie czuł.